2018/12/02

Tam gdzie serce, tam Twój dom


Tożsamość Słowian to tożsamość duchowa... kultura serca, która nie opiera się na żadnych dogmatach, wymuszonych tradycjach czy kultach. Czyni ją ( ach tylko?) ... wiara i prawda, prawdziwa więź i łączność z przyrodą i rodem ( przy - roda), znajomość naturalnych cyklów i rytmów bez naruszania ładu i harmonii. Człowiek żyje w centrum pomiędzy Niebem i Ziemią. Jak drzewo wznosi koronę ku niebu i zapuszcza korzenie w ziemi, wzrastając niczym pień... Kora i rdzeń są zawsze silne, bowiem Duch i Serce mają tam swój Dom.

Masz wrażenie, że świat wokół zmienia się w szalonym pędzie, angażuje umysł i wymusza zajmowanie się rzeczami przyziemnymi?

A gdzie duch Twój i Dom Twój?

Trwaj w pozycji drzewa...

Natura drzew potrafi zadbać o wszystkie swoje dzieci. Weźmie pod ochronę najsłabszych i odżywi bezbronnych. Gdy brakuje Ci światła lub trawi Cię choroba, ufaj... nie jesteś sam(a), masz Ducha, który łączy Cię z całością. Doskonała jest to całość... wszyscy jesteśmy jednym organizmem. Nawet drzewa na skraju lasu mają swoją doniosłą rolę, to one zawierają najwięcej toksycznych obciążeń - stoją z boku jako strażnicy i leśne opiekuńcze duchy. Jednoczmy się, miejmy wiarę, a nie siejmy zwątpienia. Wypowiadajmy zawsze prawdę, która chroni serce, zwróćmy się ku środku...

Życzę sobie i nam wszystkim  w porze nadchodzących Szczodrych Godów, aby ten czas był szczególny, wypełniony po brzegi światłem, które zawsze się odradza. Niech będzie to czas ducha i dobroci serca...

Maszka

2018/11/18

Marsz bez Niepodległości, ale przeciw Chazarom




     Od powrotu z irlandzkiej Wyspy miałem dwa pragnienia, aby przeżyć z Braćmi i Siostrami moimi potężną duchem i energią demonstrację wspólnoty. Wspólnoty w świecie niespotykanej, której wyjątkowość dają aryjskie geny i dusze umiłowane w wolności doświadczania.
     11 listopada spełniłem marzenie pierwsze - 1 sierpnia w przyszłym roku może uda się z tym drugim.
     Już na dworcu kolejowym, czekając na pociąg, poczułem wyjątkowość chwili. W hali i na peronie pojawili się ludzie z flagami i opaskami, czasem w patriotycznej odzieży. Porozumienie od pierwszej chwili.
     Przypomniała mi się jedna z historii o Conanie, spisana przez któregoś z udanych następców Roberta Howarda, gdzie zmobilizowani na pole walki Cymeryjczycy ściągali z różnych stron i klanów, by w niesłychanie rzadkim spotkaniu, rodów pokrewnych, ale i bardzo obyczajami różnych, wspólnie odeprzeć wroga. Ta scena zrobiła na mnie wrażenie i utkwiła w wyobraźni trwale.
     Teraz też ściągaliśmy tam, gdzie przyszło zademonstrować wspólnotę patriotycznych serc i - siłę Narodu niezłomnego - wszystkim obserwatorom... Czyli całej planecie.
     Liczba ludzi tak spontanicznie zebrana i umownie tylko zsynchronizowana nie może gwarantować stabilności czy harmonii, której spodziewałbym się w marszu Lechitów pod Kołowrotem. Byłby to bowiem marsz ludzi bardzo świadomych, których pokazowi jedności i mocy nie towarzyszyłaby potrzeba żadnych okrzyków. Prawdziwa siła nie potrzebuje do demonstracji hałasu i impulsywności.



     Do tego jednak zmierzamy w mozolnym acz niepowstrzymanym trudzie zrzucania kajdan z umysłów.
     Póki co w Marszu połączyli swój patriotyzm Polacy różnej świadomości. Okrzyki inicjowali często ludzie podpici - a przecież alkohol nie podkreśli ani rangi uroczystości ojczystej, ani osobistej aury i siły. Okrzyki ''Polska tylko katolicka'' były oczywistym wyrazem wciąż powszechnego utrzymania wielu z naszych Sióstr i Braci w niewoli umysłowej i w gruncie rzeczy każdej innej - gdy przecież samo poczucie życzliwości i wspólnoty z Rodakami powinno od takich okrzyków wstrzymywać.
     Oddawanie energii dla watykańskiego okupanta, rabusia i zabójcy jest tylko smętnym dowodem niepojmowania rzeczywistości i spowalnia odbudowę potęgi Narodu.
     Gdyby nawet zaś katolicyzm nie był tym, czym jest - to jest narzędziem obcym, antysłowiańskim i antyludzkim, to i tak rozum i czyste serce muszą jasno powiedzieć, że religia powinna być demonstracją tylko na polu osobistym, nigdy narodowym. Bo Naród to genami, duszami i wspólnymi interesami połączone Rody na jednym terytorium, zaś religie, wierzenia, poglądy to sprawy prywatne każdej osobnej duszy.
     Jeszcze przed startem Marszu zauważyłem ciekawy i przełomowy transparent: BOŻE MIEJ MIŁOSIERDZIE NAD NAMI GRZESZNYMI I ZATRZYMAJ CHEMTRAILS.
     Oczywiście Stwórca nie wstrzyma niczego takiego, tak jak nie wstrzymał żadnych holokaustów, inwazji i egzekucji, i gdyby zamiast słów Boże, zatrzymaj, byłyby Bracia i Siostry, zatrzymajmy, byłby to przekaz kompletny.
     Mimo to trzeba przyznać, że jeśli w środowisku katolickim jest już zauważony akt depopulacji poprzez chemtrails, to jest to kolejny, świetny i obiecujący akt pobudki i przełomu.
     Ponieważ już kilka minut po wymarszu zgubiłem moich towarzyszy, mogłem swobodniej przemieszczać się między Rodakami i poszerzyć spektrum obserwacji. Szedłem zatem z rodzinami, dziećmi, chwatami z Augustowa, ludźmi starszymi, a pod koniec tuż przy grupie jakiejś ''maryjnej'', śpiewającej smutno i uwalniającej energię niestety po próżnicy, mimo dobrych intencji.
     Rozczulające były pozdrowienia warszawiaków z balkonów, w tym osób starszych, które mają w sobie aurę pięknego patriotyzmu ''przedwojennego''.
     Nie zauważyłem żadnych incydentów. Nawet odpalający race ostrzegali ludzi, że to zrobią i czekali na rozstąpienie. Jestem natomiast przeciwnikiem petard, które wnoszą tylko niepokój, zwłaszcza dla dzieci i kobiet. To powinno zniknąć jako wyraz głupoty i chuliganerii.
     Dopiero po powrocie usłyszałem o spaleniu flagi unijnej. Nie mając nic konkretnego przeciw maszerującym zrobiono aferę ze spalenia materii całkowicie nam obcej. Jest wolność słowa i przekazu? Jest. Jest Unia projektem masonów przeciw wolności, utrzymującym nasze zarobki na poziomie półniewolniczym i generującym zniewolenie i demoralizację? Jest. Tyle ode mnie nad tą spaloną flagą masonów.
     Marsz dał odczuć kilka spraw. Że wciąż jeszcze z wyrachowaniem zmanipulowany Naród jest podzielony ściśle wobec swej podatności na tę manipulację.
     Że w Marszu sporo było symboli i mantr wspierających śmiertelnego wroga Słowian.
     Ale też - że miłość do Ojczyzny i poczucie więzi z jej ziemiami i z ich mieszkańcami jest silniejsze niż ten wróg by chciał.
     Że pokazaliśmy znowu, i jeszcze liczniej, i mocniej, odwagę i siłę dla spraw Kraju.
     Nikt tego nie przeoczył.


     Prawda jest taka, że wśród uczestników wciąż wielu wierzyło w niepodległość stuletnią i ją celebrowało. Gdy tymczasem rozum powinien powiedzieć, że Ojczyzna wypchana obcym wojskiem i obcym rządem, i manipulującymi mediami, i aparatami depopulacji, i urzędami targowicy, i sądami żałośnie antynarodowymi - niepodległa nie jest.
     Można dyskutować, kiedy niepodległość, Bracia i Siostry lechickie, utraciliśmy. Bo w istocie po kawałku - w 1989... 1939... 1772...
     Uważam, że straciliśmy niepodległość nade wszystko i z dramatyczną konsekwencją w chwili, w której omamiona władza lechicka ściągnęła na nasze ziemie watykańską administrację, jej fałszywe dzieje świata i fałszywe cele istnienia, a nade wszystko zasady życia rabujące umysł i duszę Słowian z odwagi i wolności myślenia i doświadczania.
     Gdy więc wołają Rodacy o Polsce tylko katolickiej, szkodzą i sobie samym, i Odrodzeniu... lecz szczęśliwie tylko jeszcze chwilowo.
     Jest jeszcze jedna prawda o Marszu i najważniejsza. To nie był w istocie Marsz ku uczczeniu niepodległości nieposiadanej, lecz - pokaz uparcie i niezmiennie wolnych lechickich dusz. 
     Był to pokaz tego, że dusz tych i ich światła nie da się unicestwić.
     W tym Marszu zatem wszyscy, świadomie lub nieświadomie, szliśmy przeciwko rabusiom tej wolności: przeciwko Chazarom, masonom, iluminatom i wszelkim wrogim nam siłom.
     Oczami skierowanymi w przyszłość bliską widzę Marsz o mocy niezwykle potężnej: marsz Rodaków świadomych, wolnych, silnych i promiennych, idących pod zdrową energią symboli Słowian. Bez okrzyków i trunków, nawet bez rac. Prawdziwa siła emanuje z ludzi połączonych w harmonii i wyciszeniu.
     Niech tak się stanie.
     Czcibor

Aktorstwo to program przeciw duszy, który zniknie w wolnej Lechii


     Jedną z najdziwniejszych form samokreacji ludzi na tej planecie jest odgrywanie innych osób i stymulowanie w sobie stanów emocjonalnych, których akurat dusza nie potrzebuje i odczuwać nie chce. Uważam, że jest to tak szkodliwe i w gruncie rzeczy tak dziwaczne i obce harmonii ludzkiej - że najpewniej zostało jako część społecznego życia wmanipulowane. Kto mógł wmontować cywilizacji taki rodzaj zajęcia i... programowania umysłu, jeśli nie wrogie zdrowej duszy i porządkowi rzeczy rody ciemne lub po prostu pozaziemskie?
     Czy wchodzenie umysłem i w gruncie rzeczy duszą w obcą postać, wielokrotnie, i z intensywnym afirmowaniem, może być wolne od wpływu na psychikę i duchowość człowieka?
     Czy przeżywanie dramatycznych i skrajnych emocji - bo aktor, który dobrze gra, je wywołuje i przeżywa - może być wolne od takich skutków?
     Czy nie jest to dziwne, jeśli się nad tym zastanowić?
     Czy nie jest nie mniej dziwnym ze strony milionów ludzi, aby codziennie poświęcać swój czas (zamiast na relaks, uzdrawianie, samokreację, uświadamianie, rozwój) oraz emocje na współprzeżywanie i współodczuwanie takich fałszywych postaci i ich fałszywych stanów emocjonalnych?
     Szczególnie niekorzystnym dla równowagi psychicznej i duchowej aktorów wydają mi się odgrywane przez nich sceny miłości, ponieważ oprócz wyjątkowo wibrujących emocji wytwarzana jest często między parą takich ludzi energia seksualna. Takie ''zwody'' na sercu, duszy i umyśle, nie do pomyślenia u Słowian żyjących w zgodzie z prawami telegonii, skutkują zaburzeniami etyki, psychiki, a być może i samego serca, wrażliwego przecież na wzajemną synchronizację seksualną. Udawanie miłości i samego seksu na ekranie uważam za największą patologię tego zajęcia, przy czym destruktywne skutki dotyczą i odtwórców, i ich widzów. Przecież myśli widza ściągane są w ten sposób z bliskich osób na kogoś najzupełniej obcego, który jawi się w jego osobistym polu miłosnych marzeń i projekcji.
     Najlepszym dowodem szkodliwości i zwodniczości filmowego życia i jego twórców są sami aktorzy. Aktorów masowo dotykają depresje, rozpusta, narkotyki, alkohol, zdrady i rozwody, słowem rozpad duchowy i psychiczny. O czym w taki dosłowny sposób się nie mówi.
     Jeżeli zatem takie zajęcie powoduje niekorzystne efekty dla aktorów i ich Rodzin, to czy nie wypadałoby rozważyć wyprowadzenia tego osobliwego zjawiska z naszej słowiańskiej kultury?
     Czy trzeba więcej dowodów, że teatr i telewizja omamiają i osłabiają moce Narodu?
     Czyż aktorzy i wszelcy celebryci nie demonstrują braku odpowiedzialności za ten Naród i za własne Rodziny i dzieci?
     Czy liczni aktorzy nie wypierają się polskości i nie wspierają wrogiego nam lobby chazarskiego w branży?
     Czy nie szkalują Ojczyzny?
     Czy nie programują swoich widzów w tym duchowo i rozumowo słabej młodzieży i dzieci na niemoralny i lekkomyślny tryb życia? Na tryb całkowicie sprzeczny z telegonią i innymi naukami Wed?
     Świadomie lub nie - aktorzy jako narzędzia iluminackiej kampanii szkodzą nam wszystkim. Nie zaskoczę przecież nikogo, jeśli napiszę, że z każdym dziesięcioleciem jest gorzej (telewizja oferuje coraz więcej przemocy i seksualizacji, jednocześnie obniżając zapory wiekowe) i że dalej może być i będzie tylko gorzej? Telewizja jest technologią zaprojektowaną do mentalnego przeobrażenia całych narodów. Ostatecznym celem jest uczynienie z nich otępiałych, bezwolnych, nieświadomych swego marnego losu zbiorowości kukieł. Ludzie, którzy wybierają zajęcie aktora lub prezentera, wpadają w matnię współuczestnictwa w tym antyludzkim projekcie.
     Czy naprawdę tego potrzebujemy telewizji, aby żyć bez nudy? Dlaczego mimo tego wszystkiego, o czym wyżej napisałem, większość z nas codziennie żyje iluzjami z telewizora? Większość Lechitów robi to, ponieważ:
     - wprogramowano to nam jako normę społeczną i radosny luksus
     - zaprojektowano życie na tyle uciążliwie, żeby brakowało nam energii na aktywność ciałem i umysłem, a kanapa i telewizja dawały poczucie wytchnienia i nagrodzenia (za trud dnia)
     - brak nam odwagi do myślenia i działania naprawdę
     - brak nam inspiracji
     I pora to zmienić. Ludzie, którzy wyrzucili telewizory, są silniejsi pod każdym względem. 
     Są też bardziej wolni, czujni i świadomi. I w gruncie rzeczy szczęśliwsi.  





     Wśród dawnych Słowian nie było fałszu w ogóle, bo i udawania nie było wcale. Każdy człowiek uczył się praw życia zagłębiając dłonie w prawdziwym strumieniu, prawdziwych liściach, i patrząc w oczy prawdziwemu człowiekowi. Współprzeżywając i współodczuwając z emocjami prawdziwej istoty, a nie iluzji. 
     I taką przyszłość przewiduję naszej odrodzonej Ojczyźnie. Będzie ona wolna od wszelkich zainstalowanych mechanizmów, które stoją w sprzeczności z prawdziwą eksploracją świata, życia, dusz ludzkich wokół.
     Jesteśmy Lechitami. Odłóżmy już maski, przydomki, iluzje i wejdźmy w Nurt Życia.
     Sława!
     Czcibor

Dlaczego przerywamy owadom programy na Życie?



     Ponieważ ostatnio wyniosłem szerszenia z hali, w której pracuję, natchnęło mnie, aby napisać o owadach i ich oczywistym dla mnie prawie (i potrzebie) doświadczania. Owady jak wszystko, co żyje, są iskrami, cząstkami Stwórcy. Stwórca uwolnił, rozsiał cząstki siebie, by w wolności swego planowego lub spontanicznego doświadczania eksplorowały Przestrzeń.
     Stwórca jest Pełnią, jest zatem i Światłem, i Ciemnością. Dlatego nie uważam, by ludzkie pojmowanie dobra i zła było sensowne w każdym zakątku wszechświata... Na Ziemi jest to definicją na dziś, jutro może zmienić wszystko. Paradoksalnie - może to być jutro oświecenia i wolności, a taki stan pozwala ujrzeć rzeczy takimi jakimi są, bez bojaźni i tak zwanego myślenia życzeniowego.
     Owady i inne stworzenia, jakie widzimy jako agresywne i niebezpieczne, czyli po prostu złe - są tak jak my cząstkami tego samego Stwórcy.
     Nieświadomość, w jaką wprowadzono ludzkość, sprawia, że powszechnie morduje się nie tylko zwierzęta, ale i owady całkowicie niegroźne dla człowieka.
     Dlaczego tak wielu z naszych Rodaków zabija owady?
     - ponieważ nie nauczono ich szacunku do życia ujętego w małej formie ciała
     - ponieważ wprogramowano im strach przed nimi
     - ponieważ odjęto im pokłady życzliwości.
     Prawda jest taka, że w Polsce szacunek do owadów jest rzadki i znikomy. Powszechny natomiast jest strach przed pająkami, osami, szerszeniami czy nawet pszczołami. Co więcej, rodzice, zwłaszcza matki, programują dzieci swoimi lękami i pogardą do małych form życia. Tymczasem prawdopodobieństwo ataku owada jest bardzo niewielkie, a jeśli odczuwamy zagrożenie, w miarę możliwości należy się oddalić albo wynieść owada, a nie go zabijać. Decydujący jest spokój, bo wbrew pozorom owady są czułe na wibracje człowieka.


     Tak jak w konfrontacji z innym człowiekiem, czy zwierzęciem, tak samo w przypadku owada decydujące są emocje, które uwalniamy. Można wejść w kontakt mentalny nawet z owadem. To, co łączy człowieka i owada, to Życie. I człowiek, i owad, chcą je zachować, ponieważ mają swoje plany.
     Nawet pająk ma swoje cele na życie i na pewno nie są nimi sabotaże wobec ludzi.
     Świat owadów, ich wysiłki i organizacja czynności, mogą być dla nas taką samą inspiracją i uroczym widokiem jak wszystkie inne przejawy życia tej wspólnej (!) planety. Obserwowanie owadów dostarcza swoistej refleksyjności, o którą dziś trudniej, bo i owadów mniej i ich terytoriów... My graliśmy w piłkę na łąkach czy ziemistych boiskach, dzisiejsze dzieci na orlikach... albo na monitorach. Do owadów zatem trzeba nam je zaprowadzić, tak jak czasem warto zachęcić dziecko do położenia się na trawie i spoglądania w niebo.
     W przypadku terytorium naszej Ojczyzny nie ma żadnego stworzenia, które należałoby zabić dla prewencji. To smutne do głębi serca, że w ramach zmyślonej prewencji obecny rząd zatwierdził wielkie masakry na niektórych gatunkach.
     Problem pewnych przejawów agresji sięga niestety głębokich zakłóceń, za którymi stoją nawet chemtrails, zatrucia gleby i wody, czy promieniowanie z nadajników. Jeśli fatalnie działają one na ludzi, dlaczego miałyby nie mieć takiego wpływu na inne organizmy żywe? Wobec natłoczenia takich czynników nawet zachowanie owadów i zwierząt będzie czasem patologiczne. Aby to zmienić, należy w ramach Odrodzenia wycofać wszelkie szkodliwe pokarmy i urządzenia z terenu Kraju, i jednocześnie pracować nad uzdrowieniem i podniesieniem wibracji nas samych. Żaden silny energetycznie, wysokowibrujący i opanowany człowiek nie zostanie zaatakowany. To nie przypadek, że ludzie trenujący sztuki walki czy w ogóle sport, są rzadziej atakowani czy chorujący niż niećwiczący. Mocna aura i emanująca energia tworzą Tarczę.
    Dla odzyskania zharmonizowanej Przyrody nieodzowne są także masowe nasadzenia dębów i innych drzew, i to możemy już zacząć sami, nie czekając na jakieś urzędowe apele...


     W innych strefach planety żyją zwierzęta, przede wszystkim gady, w które zostały zaprojektowane przez Obcych, aby zakłócić harmonię Przyrody i tym samym osłabić poczucie bezpieczeństwa i mocy ludzkich ras. Na biologiczne ingerencje i hybrydalne eksperymenty nie brak dowodów, które kontrolowany przez masonerię beton akademicki odrzuca na przykład jako posągi mitologicznych wyobrażeń dawnych (widocznie głupawych i rozmarzonych infantylnie?) cywilizacji. Te nieprzyjazne gatunki będzie można przetransformować w zupełnie niegroźne po tym, gdy Ziemia zostanie uwolniona z wpływu Obcych, co się zbliża.
     Wszelka praca dla dużej Zmiany jest mozolna, ale liczy się każdy krok. Mały krok jest zawsze... duży krokiem. W logice algorytmów Przestrzeni liczy się DZISIAJ. Zatem każda akcja wykonana dzisiaj, czy to myślą, słowem, czy czynem, zmienia rzeczywistość jutra.
     Dlatego jeśli dziś więcej ludzi uwolni myśli o bezpiecznym i delikatnym wyniesieniu pająka z domu, to jutro mniej ludzi go zabije. Wszyscy nawzajem wpływamy na swoje wybory i wartości. 
     Przez jakiś czas będą jeszcze różne owady ginąć z powodu czyjejś agresji, paniki albo nieuwagi. Ale też proces wymaga pracy i czasu. Nie popieram desperacji i presji w niczym, popieram pracę nad spokojem. Spokój otwiera furtkę do oświecenia.
     Istota sprawy nie jest nawet w tym, że każdy owad, czy to pszczoła, czy mrówka, ma swoją rolę w ekosystemie planety i im większa ingerencja i większa inwazja człowieka w światy ich funkcjonowania, tym gorzej dla nas wszystkich. Rzecz w tym, aby z czystej intuicji, życzliwości i harmonii duszy nie rzucać im kłód pod nogi. Do równowagi wiedzie nie intelekt, tylko serce. 
     Uważam, że jeśli nauczymy lechickie dzieci szacunku do najmniejszych przejawów życia i konstruowania - to będą one szanować i doceniać wszelkie inne. W ten sposób konstruuje się potężną i niezłomną cywilizację. 
     Jednak nie popieram też okazywania pogardy naszym Braciom i Siostrom, którzy zabijają owady, jeśli nie ma w tym demonstrowanego sadyzmu, tylko bezmyślny automatyzm. Są oni bowiem takimi samymi ofiarami programów kontroli umysłu, jakimi my jesteśmy, nawet jeśli to inne programy. Nie chodzi o to, aby biczować siebie czy kogoś za zabicie komara, choć... komary nie będą dokuczać komuś, kto osiągnie pewien poziom energetyczny i świadomościowy.
     Nie gańmy się się za takie rzeczy nawzajem.
     Każdy Lechita jest ranny po tysiącach lat trutek wsączanych we wspólny Dom.
     Nie trzeba nam bojowych pouczeń wzajemnych i pogardy, ale życzliwego wsparcia i sugestii w całkowitym spokoju. Możemy się podnieść z wszystkiego, jeśli uczynimy to wspólnymi siłami.
     Ja proszę moich Braci i Siostry, by dali żyć wszystkiemu, co żyć chce i ma swój Plan, jeśli Plan ten nie zawiera naszej krzywdy, niezależnie czy jest to Życie zawarte w dużym ciele, czy w bardzo małym. Uczmy się tej sztuki na miarę możliwości, aż wrócą dawne praktyki i wynikłe z nich moce.
     Darz bór!
     Czcibor










Jarek Bogusławski - Pszczoły nie idą na wojnę:




2018/11/08

Lechia Dębowa



     Nasza Ojczyzna miała kiedyś dwie armie. Jedną stanowili najbitniejsi z ludzi, Lechici, drugą - niezliczone dęby. Zapędy wrogów, z Rzymem na czele, tłumiły powszechnie znane męstwo i krzepa lechickich wojowników. Jeśli w sukurs takim cechom szło niezwyczajne poczucie więzi słowiańskich rodów, a za nią mobilizacja wieńczona potężną w liczbę i oręż armią, brak zapału nieprzyjaciół jest zrozumiały. Ilu jednak z nich zdawało sobie sprawę, jaki wpływ na cnoty, jasność umysłu i witalność Lechów i siłę ich wojsk, miały hufce dębowe, między którymi żyli oni ze swymi szczęśliwymi rodzinami? Zapewne tylko wtajemniczeni rozdający karty, które zwykle określamy ciemnymi siłami.
     Ponieważ przypadek nie istnieje, nie przypadkiem aryjski naród osiadł w dębowym sercu Europy. To tu własnie mieli nasi przodkowie czerpać natchnienie do kreacji i spełnienia dla swych dusz. Tu mieli żyć w pełni sił i zdrowia, z adekwatnym wpływem na los kontynentu i całej planety, jako że taką rolę jako strażnicy Ziemi wraz z Indianami Słowianie przyjęli.
     Lechici żyli z dębami w objęciu. Do dębów szli zakochani po wsparcie dla swej wspólnej misji tworzenia, do dębów szli ranni po uleczenie, starsi po zasilenie, poszukujący po inspirację.
     Przed wyprawą i bitwą wojownicy Lechii naszej Dębowej udawali się pod dęby, by zasiąść pod nimi dla użyczenia siły i poczucia mocy. Woj idący ku walce spod dębu, jeśli nawet miał ulec ciałem, był niepokonany duszą. 
     Intuicja kierowała nasze Siostry i naszych Braci pod konary i nad korzenie, z których spływało wyciszenie, natchnienie i odprężenie. Wdzięczność i jasność były tym, z czym wracali do domów.
     Dąb był sojusznikiem Lechity.
     Dąb był przyjacielem lechickiej rodziny.

 

     Kraj tak wypełniony mocą i harmonią, chroniony przez wojsko ludzkie i wojsko dębowe, nie może zostać pokonany. Aby załamać równowagę Lechii i odebrać jej strażniczą rolę, czy wreszcie skutecznie pobić militarnie, trzeba było wyrachowanej strategii długo rozłożonej w czasie. Przeciwnik, któremu Słowianie natchnienie Wedami i przyjaźnią Przyrody stali na drodze do objęcia świata mrokiem, pojął, że demontowanie potęgi Lechii wymaga uderzenia we wszystkie jej generatory: w tradycje, świadomość kosmicznych praw, kobietę i jej moc boskiego łącza i owo bezcenne przymierze z dębami i całym życiem Przyrody. Sukces najeźdźców nie był ani szybki, ani łatwy, ale w końcu nastąpił, gdyż czyste i życzliwe dusze nie mogą zostać pobite mieczem, lecz manipulacją i truciem umysłu już tak.
     Dziś, po wielu wiekach, z mocy dębów czerpią bardzo nieliczni Słowianie, a dla samych drzew tych, dumnych, szczodrych, mocnych, nastały czasy ciężkie. Nie przypadkiem obca władza sterująca dziś losami Ojczyzny wydała wyrok na drzewostanie lechickim. Drzew w tym dębów tak koniecznych, pożytecznych, ubywa jak nigdy dotąd. I tak mało jeszcze lechickiego ruszenia, by bronić tych przyjaciół leśnych...
     Szczęśliwie kończy się i ten czas holokaustu na Przyrodzie, a wkrótce obudzony Naród zabroni dalszego niszczenia. Zbliża się czas odrodzonej Lechii, w której gęsto będzie od lasów, w tym hufców dębowych. Gdy wrócą dęby, wróci harmonia w umysły Narodu, wróci też harmonia w Przyrodę, której brak dębów dziś skutkuje zaburzeniami. Obsadzenie siedlisk ludzkich i sadów zakończy wiele kłopotu ze szkodnikami i plagami, które dziś, zamiast właściwie natchnąć urzędników i naukowców, pchają ich do poparcia wyrębu...
     A to wyrąb właśnie odbiera harmonię całej Naturze i jednym z efektów tego są choćby masowe ataki kleszczy. A przecież odstraszyć Słowianina od lasu, miejsca, gdzie ciało i dusza zdrowieją, gdzie umysł doczekuje odpowiedzi, to mocno go rozbroić. I o tym wiedzą ci, którym Lechickie Odrodzenie jest rosnącą zmorą.
     Wstajemy, Bracia i Siostry, bo czas nam odbudować dom i oczyścić ojczyste przestrzenie. Czas nam też odwdzięczyć się za piękną i wierną przyjaźń dębową, z której Naród nasz zaczerpnął więcej mądrości, i światła w duchu, i woli swego przetrwania, nim dziś się to wielu zdaje...
     Czas, by każdy z nas, każdy jeden zrodzony Lechita posadził choćby jeden tylko dąb. Niech każdy przyjmie sobie to zadanie, a szybko dębowe lasy zostaną odbudowane i znów będziemy czerpać z ich mocy. Jeśli nawet przyjąć, że mamy na to całe życie, spójrzmy, ile milionów dębów przybędzie w krótkim czasie naszym ziemiom... Hufce dębowe zaczną uzdrawiać Przyrodę, i jej niebo, i powietrze, i nas samych - bo tego nam trzeba w Odrodzeniu. Czy wracając do dębów zyskamy więcej pewności i więcej światła na ścieżkach do ukochanych a wciąż oddalonych dusz, do siebie samego? Tak. Czy dęby na nas czekają? Tak. Nigdy nie przestały.
     Wiosną zwołajmy wspólnie pospolite ruszenie - aby zacząć pierwsze dęby (lub inne drzewa) sadzić tam, gdzie wskaże nam serce.
        Dęby to lwy zielonych borów, to strażnicy równowagi małego i wielkiego świata,  to mosty do objęć Stwórcy. Powrót puszcz dębowych to nie tylko powrót harmonii do naszego wspólnego z nimi Domu. To jest powrót do więzi miedzy nami, a dębami. 
     Właśnie tego nam trzeba... Bo naprawdę mocni, bezpieczni, zdrowi i radośni będziemy właśnie w tym odzyskanym Domu: w naszej Lechii Dębowej.

     Wstajemy, Lechici! 
     Czcibor



A teraz wejdź, Lechito, między dęby, i przypomnij sobie!...


Znalezione obrazy dla zapytania дуб на картинке


































     Autor pięknych słowiańskich ballad, inspirujących do czynu i generujących nową rzeczywistość przestrzeni Lechii: Cezary VEDAMIR Stawski